Back to home
in Kategorie, Rodzicielstwo

Rodzicielstwo bliskości a rzeczywistość cz.1

  • 15 lipca 2019
  • By Patrycja
  • 0 Comments
Rodzicielstwo bliskości a rzeczywistość cz.1

Wielu przeciwników rodzicielstwa bliskości twierdzi, że to kolejny wyidealizowany sposób na to, żeby namącić matkom w głowach. Kolejna wyssana z palca teoria młodych rodziców, nie mających pojęcia na czym polega wychowanie dziecka.

Prawda jest taka, że nikt nie jest w stanie przygotować kobiety do tego, co ją czeka po urodzeniu dziecka. A tu jeszcze coś takiego, jakieś 7 filarów rodzicielstwa bliskości, żeby zamęczyć się już do końca i z otwartymi rękami przyjąć nadchodzący armagedon. Na szczęście jak pisałam ostatnio wystarczy poświęcić tematowi trochę czasu, a okazuje się, że nie tylko nie taki diabeł straszny, ale nawet ma sens.

Jednak żeby być zupełnie uczciwą postanowiłam przedstawić moją przygodę z rodzicielstwem bliskości. Pokazać jak to wyglądało i wygląda w naszym życiu codziennym. Przeanalizować wszystkie filary z mojej perspektywy i pokazać co się udało, a co nie. Dlaczego nie było łatwo i czy coś zrobiłabym inaczej. Bo nic nigdy nie jest takie jak nam się wydaje, ale pewne wartości są niezaprzeczalne i nie wolno dać się zwariować.

Początek

Kiedy po urodzeniu małej Di borykałam się z naturalnymi problemami każdej świeżo upieczonej mamy, (choć byłam przekonana, że mnie one nie dotkną) na pewnej grupie Facebook’owej przeczytałam o RB. O  matko! – pomyślałam – Co znowu za cholerstwo? Nie pamiętam już co mnie nakłoniło do kupienia “Księgi Rodzicielstwa Bliskości”, ale kupiłam i przeczytałam i nagle moje problemy nie do zniesienia, stały się całkiem znośne. Uświadomiłam sobie, że to ma być takie trudne, a ta świadomość jakoś mi wszystko ułatwiła.

1. Więź uczuciowa podczas narodzin

Ciężko mi oceniać poziom szpitali w kraju, czy chociażby najbliższej okolicy, bo póki co przyszło mi rodzić tylko raz i tylko jeden szpital mogłam naprawdę sprawdzić. Na szkole rodzenia podano nam kilka przydatnych informacji, na co zwrócić uwagę przy wyborze szpitala. Długo się nad tym zastanawiałam, bo przerażał mnie fakt, że podczas tego trudnego i jakże ważnego momentu będę skazana na łaskę szpitalnego personelu, o którym się słyszy różne (zazwyczaj mało przychylne) opinie. Jednak po intensywnym namyśle padło na szpital w Pszczynie. Placówka nie cieszyła się dobrą reputacją, potem nawet na jakiś czas padła. Jednak nie mogę powiedzieć o niej ani jednego złego słowa.

Dlaczego zdecydowałam się właśnie na ten szpital?

Po pierwsze po mimo złych opinii na temat całej placówki, nie słyszałam nic złego o oddziale położniczym. To prawda, że komuna straszy tam z każdego konta, łazienki są w opłakanym stanie, a łóżko na którym leżałam po porodzie było wyjątkowo niewygodne. Jednak nie to jest najważniejsze. Szpital został określony jako “szpital przyjazny dziecku”, co w praktyce oznacza, że dziecko jest tam na pierwszym miejscu.

Dlatego było dokładnie tak jak należało. Dziecko umieszczono mi na piersiach zaraz po porodzie (nie licząc czasu na zaszycie po CC). Zaraz też położna pomogła mi przystawić je do piersi. Tak zawieziono nas na oddział i tak zostałyśmy już do końca. Dziecko zabierano tylko na kilka minut do kąpieli. Kilka razy pytano mnie, czy nie chcę odpocząć, czy nie zabrać malucha, czy chciałabym żeby ją dokarmiono? Pytano i tyle. Nikt  mi nic nie narzucał, nikt nie zabierał dziecka ot tak. Pokazywano jak prawidłowo przystawiać do piersi, a mała była ze mną w łóżku cały czas.

Ponadto szpital ma oddział neonatologiczny, co sprawiało, że czułam się trochę spokojniejsza w przypadku gdyby coś miało pójść nie tak jak zakładano. Jednocześnie nie jest to szpital specjalistyczny, gdzie mój najzwyczajniejszy w świecie poród mógłby przejść niezauważenie. No i mam go na przeciwko domu.

Myślę, że trafiłam całkiem nieźle.

2. Karmienie piersią

Od początku ciąży byłam nastawiona na karmienie piersią. Nie bez powodu nazywamy się ssakami. Skoro tak to zostało stworzone, to czemu z tego nie korzystać? W szkole rodzenia tylko utwierdzili mnie w przekonaniu, że to słuszne wyjście i warto o nie powalczyć. To tam dowiedziałam się o Hafiji, która za WHO jak mantrę powtarza, że:

“Wyłączne karmienie piersią przez 6 miesięcy życia i kontynuowanie tego karmienia wraz z wprowadzaniem produktów uzupełniających do 2 roku życia i dłużej tyle ile matka i dziecko tego chcą TO JEST NORMA, która zapewnia całą podstawową ochronę i benefity z karmienia piersią na najwyższym poziomie – każde dziecko, na całym świecie może z w/w korzystać.”

Nie mniej jednak karmienie piersią to była dla mnie jazda. A od razu muszę powiedzieć, że nie miałam z tym żadnych problemów. Pokarm pojawił się tuż przed porodem i zarówno mój organizm, jak i mała Di wiedzieli, co z tym robić. Nigdy nie było braków, zastojów, trudności z przystawianie, ssaniem, jakiegoś szczególnego bólu, czy innych częstych problemów. Normalnie urodzona matka karmiąca. A jednak źle to wszystko wspominam. Dlaczego? Bo urodziła mi się mała pijawka. Dziecko cycowe na maksa, stuprocentowy ssak, który bez piersi nie mógł wytrzymać 10 minut.

Czy było bardzo źle?

Wyjście z łóżka graniczyło z cudem, nie mówiąc o zrobieniu czegokolwiek innego, łącznie z korzystaniem z toalety. Każdy kto widział nas w akcji mówił, że nigdy nie widział takiego dziecka. Zaraz oczywiście pojawiły się pytania, czy wszystko jest ok. Bo może ona się nie najada? Pokarmu nie masz, albo za chudy. Smoczek daj! Przygotuj butelkę. Dużo się tego nasłuchałam. A fakt był taki, że mała Di kochała cycać. Nie chodziło tu tylko o mleko, ale w dużym stopniu (nie wiem czy nawet nie większym) chodziło o bliskość. Ona się chciała przytulić, pociamkać, być blisko.

Nigdy nie zapomnę nocnych pobudek co 30 min., albo spacerów po parku które spędzałam siedząc na ławce z dzieckiem przy piersi. Jak bałam się gdziekolwiek wyjść, bo nie wiadomo było kiedy się obudzi i będzie się chciała przyssać. A jak się już przyssie to koniec, utknę w jakiejś kawiarni z cyckiem na wierzchu. Nigdy nie lubiłam karmić w miejscach publicznych, bardzo mnie to krępowało i do tej pory pamiętam tych kilka sytuacji, kiedy byłam do tego zmuszona. Choć nie spotkałam się z żadną negatywną reakcją, to jednak nie jest to coś z czym czuję się komfortowo.

Taka kolej rzeczy wymusiła na mnie trzy inne decyzje.

Noszenie w chuście, spanie z dzieckiem i zakończenie drogi mlecznej szybciej niż jest to rekomendowane. Karmienie piersią zakończyłam po 15 miesiącach. Choć z czasem było trochę łatwiej, to jednak z kilku powodów chciałam zakończyć naszą drogę mleczną tak szybko jak to będzie możliwe.  Nie mogłam się już doczekać, aż mała Di skończy rok, żeby odstawić nocne karmienie.

Było dużo łatwiej niż się spodziewałam. Jedna noc małych protestów i od tamtej pory spokój. W ciągu dnia karmiłam jeszcze kilka miesięcy, żeby nie zabierać wszystkiego na raz. Poza tym, zbiegło się to z moim powrotem do pracy więc chciałam jej to jeszcze przez jakiś czas rekompensować. Na szczęście i to odstawienie było bardzo łatwe. Okazało się, że już od jakiegoś czasu wcale nie chodziło o jedzenie. Po całkowitym odstawieniu nie miałam żadnych problemów z piersiami, żadnych obrzęków, ani dolegliwości związanych z nadmiarem pokarmu. Więc albo mała Di już od dłuższego czasu nie jadła tylko się przytulała, albo to był dla nas właściwy czas odstawienia i mój organizm był na to gotowy.

Na pewno zrobiłabym to jeszcze raz

Choć nie była to dla mnie łatwa droga na pewno zrobię to jeszcze raz. Profity dla zdrowia dziecka i dla wspólnej więzi są nie do przecenienia i nie ma takiego problemu, którego nie dało by się przezwyciężyć. Pod warunkiem, że tego chcemy i że zdrowie nam na to pozwala. Nie dajmy się też wpędzać w kompleksy, bo z jakiegoś powodu nam się to nie udaje. Różnie w życiu bywa i żadne wytyczne czy to WHO, czy innych dobrych specjalistów, czy samych matek karmiących (którym często się wydaje, że wszystkie rozumy pozjadały), nie mogą nas w pędzać w kompleksy.

I tak jest ciężko udźwignąć to całe matkowanie. Czasem zdrowie nie pozwala na ten krok, czasem po prostu tego nie chcemy, ale podejmujmy tą decyzję świadomie. Po mega obszerną i pouczającą wiedzę na temat karmienia piersią zapraszam do Hafiji – tam znajdziecie wszystko i jeszcze więcej. Naprawdę warto.

Jedyną istotną zmianę jaką bym wprowadziła gdyby mi było dane zrobić to jeszcze raz, to na pewno bardziej wykorzystałabym kółka.

3. Noszenie w chuście

To jest dla mnie punkt, którego na pewno nie wykorzystałam w pełni. Kiedy usłyszałam o chustonoszeniu wiedziałam, że będę chciała tego spróbować. Jednak nie do końca umiałam się w tym odnaleźć. Mimo tego, że po sąsiedzku miałam znajomą, która jest doradcą i dokładnie pokazała mi z czym to się je, nie mogłam się w tym połapać. Myślę, że chciałam podejść do sprawy zbyt ambitnie, jak na swoje możliwości. Motanie zajmowało mi za dużo czasu. Mała Di nie czuła się w tym do końca komfortowo i często zanim ją zamotałam, to zdążyła dojść do wniosku, że chętnie by coś possała. Musiałam ją wtedy odplątywać, karmić i znów motać. Trwało to wieki i męczyło mnie i ją. Wiem, że nie powinno to tak wyglądać i że dla niektórych jest to dużo bardziej intuicyjne. U nas jednak sprawdzało się tylko podczas dłuższych spacerów.

Kółka natomiast to coś zupełnie innego. Szybkie, łatwe i bardzo przydatne. Po przemyśleniu sprawy, do czego tak naprawdę ma mi służyć chusta, doszłam do wniosku, że kółka będą dużo lepszym wyjściem. Wkładanie i wyjmowanie dziecka z tej chusty zajmuje sekundy i w razie potrzeby bardzo ułatwia karmienie. Można się tym świetnie osłonić.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że za mało nosiłam Di. Na kółka zdecydowałam się dość późno i zanim w pełni załapałam całą koncepcję czas noszenia minął. Szkoda bo jestem przekonana, że znacznie ułatwiło by mi to te trudne pierwsze miesiące.

Myślę, że to na początek wystarczy. Mam nadzieję, że te kilka informacji i doświadczeń pomogą Wam podjąć decyzję, czy rodzicielstwo bliskości to coś dla Was. A także pozwoli zagłębić się nieco w temat, żeby nie rozpowszechniać błędnych opinii i krzywdzących stereotypów. Za kilka dni napiszę o pozostałych 4 filarach.

Rodzicielstwo bliskości

By Patrycja, 15 lipca 2019
Nowa przygoda z Usborne Books
Śniadanie doskonałe
Jak uczyć malucha angielskiego?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie
Niezbyt poukładana, ciągle walcząca, szukająca, sprawdzająca i lekko na opak. Mama małej Di, która zweryfikowała w moim życiu wszystko. Nie tylko pojęcie o macierzyństwie (którego nie miałam), nie tylko wartości (które wciąż pozostają raczej takie same), ale cały światopogląd (który całym sercem pragnę jej przekazać).
Najnowesze posty
Instagram
Facebook
Follow Us
Archiwum
Instagram API currently not available.